czwartek, 25 września 2014

MC Robak

RAPER NIE MUSI BYĆ ŁADNY, MIŁY, NIE MUSI BYĆ PIOSENKARKĄ.


Stylowa Nowa Huta: A w Hucie hejterów jest dużo?

MC ROBAK: Ja nie odczuwam tego, wręcz przeciwnie. Odnoszę wrażenie, że tutaj w naszych rejonach na terenie starej Huty ludzie się wspierają w działaniach, a nie hejtują.

Przerwa: 


MC R: Halo?
MC R: Pod Kościołem




cd.

MC R: Ja takimi ludźmi się też otaczam.

StNH: A młode środowisko hiphopowe?

MC R: Zależy z jakiej perspektywy na to patrzeć? Czy z perspektywy Huty i ewentualnie ulicznej sceny, czy z perspektywy tego co się dzisiaj w Krakowie i innych miastach? W Hucie jest specyficzny klimat, bo jednak rządzi rap uliczny, osiedlowy. To jest troszeczkę inny nurt. Uważam, że to dobrze, że oni żyją swoim życiem. Bo są specyficzni. Wiesz oni nie dążą do sukcesu, wielkiego, komercyjnego. Wręcz przeciwnie, są bardzo ostrożni. Uważają żeby nie wszystko w tekstach było jasne, i żeby dało się ich rozpoznać. To pod tym względem. Oni sobie tworzą fajny klimat, nikomu nie wadzą, jest ok. I bardzo dobrze. Pytasz się o hejterów. To jest bardzo dobre pytanie do hiphopowca. Ludzie mówią mi że ten i ten, on jest zbyt bezczelny. U nas jest na odwrót. Jak np. czystasz pudelka i tam jest napisane, że jakaś gwiazda się uchlała to jest źle. Kompromitujące sytuacje w innych branżach dla nas takie nie są. Raper nie musi być ładny miły, nie musi być piosenkarką. Ma wkurzać ludzi, ma mieć hejterów. Jak Cię wszyscy lubią to wiesz też jest źle. To jest naturalne. Ja z tych wszystkich oznak nieprzyjaznych szczerze się cieszę. Jest taka grupa ludzi, którzy mnie nie lubią.




StNH: Co myślisz o hip hopie patriotycznym?

MC R: Ja generalnie uważam, że jest tyle nurtów, że na wszystko w rapie jest miejsce. Jak gość ma rapować o Bogu – byliśmy pod kościołem – jest scena katolicka, tak samo jest scena patriotyczna. Jest to tak elastyczna forma, że dobrze jest, że tych nurtów jest tak dużo. To sprawia, że ta muzyka jest tak różnorodna, i ta kultura może tak fajnie funkcjonować. Cały ten hip hop to jest pole do kreatywności. Każdy może coś wymyślić i znaleźć coś dla siebie i to nawet nie chodzi o muzykę, teksty, robienie bitów, nie chodzi o podstawowe elementy jak tańczenie, graffitti czy teledyski, albo zdjęcia. Możesz być fotografem hiphopowym. Zajmować się tylko tym. Tak jak ja na przykład znalazłem sobie dziennikarstwo. Poszedłem dalej, w stronę dziennikarza hiphopowego niż samego rapowania. To jest tak elastyczna forma, w której można się realizować.

MC R: Mów kiedy mam podskoczyć.
StNH: Skacz

MC R:AC/DC



StNH: Oglądaj ogórki.
MC R: To jest klasyczna miejscówka.

„Połowę z tego. To ja chcę połowę (słowa pani kupującej w warzywniku)”



MC R: To też takie sentymentalne miejsce.

StNH: A Huta jest jakaś specyficzna pod względem hip hopu?

MC R: Zdecydowanie tak, Zawsze było tak chociaż scena krakowska nigdy nie była zbyt mocna. To wszyscy widzą i to nie jest żadną tajemnicą. Zawsze było tak, takie informacje do mnie docierały, że w Hucie jest mocny ośrodek. Sytuacja jest teraz taka, że w każdym bloku nie tylko w Hucie ale w całej Polsce, mieszka ze dwóch raperów

StNH: A zespół Yes Yes Yo ? On się teraz jakoś reaktywował?

MC R: W tej chwili jest po premierze płyty. Płyta się nazywa „10 pięter”.

 





MC R: O ten plac zabaw jest fenomenalny.




StNH: Skaczesz na drzewo?



MC R: Mam takie zdjęcie jak byłem dzieciakiem jak siedzę na tym koszu, normalnie na tej obręczy. Ale to nie był ten kosz zmienili mu trochę obręcz.


StNH: A grałeś kiedyś w kosza, tak bardziej profesjonalnie?

MC R: Moja kariera skończyła się na etapie kadeta. To też jest pewnego rodzaju sztuka. Trzeba decydować się i uznać fakt, że jednak są lepsi. Ja to zrobiłem. Niektórzy do tej pory nie stresują się wszystko jest nie tak, bo oni są Jordanami. Jak to, świat się pomylił. Jak u Markowskiej. Ja potrafiłem przełknąć ten fakt.

St NH: Czyli Markowskiej słuchasz ;) Śmiech :) A jakiej muzyki jeszcze słuchasz?

MC R: Bardzo dużo. Różnej muzyki słucham. Nieograniczenie. Na przykład jestem fanem TLOVE. To jest też taka ciekawostka. Lady Pank tak samo. To tego słucham. Rzeczywiście słucham takiej muzyki. Ale słucham też Ramsteina. Elektroniki trochę też zawsze lubiłem.



StNH: No to co hejt musi być ;)

MC R: Ja nie mogę zrozumieć jednej rzeczy, czemu ludzie się tak przejmują hejtami w Internecie. To jest Polska. Już to kiedyś ktoś powiedział – w Polsce się mierzy sukces ilością wrogów. 

MC R: Ja mam parcie na szkło :)







fot. Aleksander Hordziej

piątek, 18 lipca 2014

MARTA

MARTA

Nowohucianka, pasjonatka Nowej Huty, architektka krajobrazu i graficzka, kreatorka OGRODÓW NOWEJ HUTY, prowadzi bloga W POSZUKIWANIU ZIELONEGO KCIUKA www.zielony-kciuk.blogspot.com pracowniczka kultury od kilku lat znajdująca się w rozkroku pomiędzy ogrodem a plakatem, mama jednego i pół chłopca, specjalizuje się w wypiekaniu muffinów i chleba.



Stylowa Nowa Huta: Skąd się wzięła Twoja ogrodowa pasja?

Marta: To kwestia dobrych genów. Oprócz nowohuckości otrzymałam w spadku również zamiłowanie do zieleni. Akurat ten gen ogrodniczy mam po babci, która nawet teraz, mając 82 lata na karku, jeździ codzienne na swoją działkę na drugi koniec Krakowa.

Ale na architekturę krajobrazu zdecydowałam się w ostatniej chwili. Miałam przed nosem formularz zgłoszeniowy na studia wypełniony prawie całkowicie. Ostatnią linijkę z kierunkiem wypełniłam przy okienku w sekretariacie Politechniki. Ale nie żałuję. To moja droga.



StNH: Czy Nowa Huta jest OGRODEM?

M: Tak. Jest niezwykłym miejskim ogrodem, ze wszystkimi tego blaskami, cieniami i konsekwencjami.

Nowa Huta jest najbardziej zieloną dzielnicą Krakowa, posiada największy w mieście użytek ekologiczny, piękny stary drzewostan, który zmienia ulice w parkowe aleje. Jest doskonałym przykładem idealnego miasta-ogrodu.
Ale o każde założenie ogrodowe należy dbać. Nawet to najmniejsze wymaga regularnego pielenia, koszenia, przycinania, dosadzania, przesadzania, grabienia i miłości. A co dopiero tak wielkie i tworzone z takim rozmachem jak Nowa Huta.  Ilość pracy i troski powinna być zatem proporcjonalna do powierzchni, prawda?




StNH: Nowohucianie lubią kreować własne otoczenie?

M: Lubią mieć wpływ na wygląd swojego bezpośredniego sąsiedztwa. Są aktywni, zdeterminowani i znają wartość zieleni w mieście. A to niezwykle pomaga podczas wspólnej pracy nad społecznymi projektami krajobrazowymi.

StNH: Trudne są poszukiwania ZIELONEGO KCIUKA?

M: Są ciekawe, ponieważ sama sobie wyznaczam miejsca, w których akurat będę go szukać. Czasami jest to mój ogród balkonowy, czasami cała Nowa Huta. Gdy zapragnę odmiany, mogę poszperać po rodzinie lub w prywatnych ogrodach nieznanych mi ludzi. Mogę też wyruszyć na poszukiwania gdzieś za granicę, do ciepłych lub zimnych krajów. Albo równie dobrze mogę sobie zrobić przerwę i poczytać. Przecież nikt nie powiedział, że ZIELONEGO KCIUKA nie znajdę wśród książek.

Prowadzenie bloga jest czasochłonne, ale za każdym razem, gdy już skończę dzielić się z moimi czytelnikami jedną myślą, do głowy wpadają mi trzy kolejne. Przecież o architekturze krajobrazu można pisać non stop...




StNH: Stworzony wspólnie z Agatą Dębicką komiks o historii NH, praca dyplomowa o dzielnicy, Ogrody Nowej Huty - wszystko kreci się wokół tego miejsca?

M: Trochę tak i trochę nie. Jest wiele projektów, które z Hutą mnie wiążą. Ale równie wiele jest rzeczy, które robię w oderwaniu od tego miejsca. Co de facto sprawia, że mogę złapać do Nowej Huty odpowiedni dystans.

Komiks tworzony z Agatą Dębicką w ramach projektu FUTURYZM MIAST PRZEMYSŁOWYCH był moją pierwszą przygodą związaną z zaangażowaniem się w życie kulturalne dzielnicy.

Spodobało mi się.



M: Kolejne podejście związane było z końcem studiów i pracą dyplomową. Dotyczyła ona Alei Róż. To było w 2008 roku, gdy temat nie był jeszcze tak ograny jak teraz. Pokusiłam się wtedy o całościowy projekt zagospodarowania przestrzennego tej ulicy wraz z Placem Centralnym pod kątem architektury krajobrazu. Niektóre z rozwiązań, wytrzymały próbę czasu i nadal jestem z nich dumna. Praca wzbudziła zainteresowanie mieszkańców (była prezentowana w ramach cyklu ZROZUMIEĆ MIASTO w Ośrodku Kultury im. C. K. Norwida) i urzędników Miasta Krakowa. Wtedy związałam się na stałe z Ośrodkiem Kultury Norwida i wsiąkłam w Nową Hutę i rewitalizację. Potem zaangażowałam się w OGRODY NOWEJ HUTY, które trwają nieprzerwanie od 3 lat. W tym projekcie daję ujście wszystkim swoim pasjom czyli architekturze krajobrazu, grafice i Nowej Hucie!

W tym miesiącu rozpoczęliśmy kolejną edycję projektu. Do 30 lipca 2014 przyjmowane będą w Pracowni Animacji Ekologicznej Ośrodka Kultury im. C. K. Norwida propozycje nowohuckich miejskich ogrodników na miejsca, w których powstaną 2 kolejne ogrody!!! 




StNH: Trudno było zmienić miejsce zamieszkania?

M: Nie jest trudno spakować swoje rzeczy do walizek i przenieść się do swojego wymarzonego i własnoręcznie zaprojektowanego mieszkania. Trudniej jest odnaleźć się potem w innej przestrzeni. Moment, gdy opuszcza się bramę swej nowej klatki schodowej i widzi zamiast socrealistycznej monumentalnej zabudowy jakieś pstrokate domki ustawione rzędem wzdłuż hałaśliwej ulicy, jest szokujący. Do tej pory nie mogę się przyzwyczaić do tego krajobrazu.

Mam gdzieś z tyłu głowy odciśnięty archetyp domu i miasta. To mieszkanie na osiedlu Uroczym i układ Starej Nowej Huty. Te obrazy towarzyszą mi ukryte gdzieś w podświadomości. Ujawniają się, gdy oglądam/przebywam w nowym miejscu. Wtedy zawsze porównuję je z Nową Hutą.




StNH: Jacy są Nowohucianie?

M: Sąsiedzcy i związani z miejscem w którym żyją, nie zamykają mieszkań, gdy wychodzą do sklepu po bułki, hodują różowe pelargonie na balkonach i stale wyglądają przez okno, by sprawdzić, czy coś się przypadkiem nie wydarzyło podczas, gdy akurat nastawiali wodę na herbatę. Niektórzy żyją wielkomiejskim rytmem, bazgrolą graffiti na ścianach, piją dużo kawy i po nocach planują, jak zmienić świat i przekształcić Nową Hutę w osobną planetę. A jeszcze inni nie mają kanalizacji, muszą iść kilometr do najbliższego przystanku tramwajowego i mieszkają w drewnianych domach z bielonymi ścianami i z zazdrostkami w oknach.

Nowohucianie są różni.


StNH: Twoje ulubione miejsce w Nowej Hucie?

M: Kasztanowe zakątki. To moja nazwa na dwa bliźniacze skwery zielone na skrzyżowaniu Alei Róż z ulicą Żeromskiego, na osiedlu Górali i Zielonym. To miejsce z dzieciństwa. Tam z dziadkiem zbierałam kasztany. Teraz jest potwornie zaniedbane i smutne. Powiem wam w sekrecie, że mam już gotową koncepcję zagospodarowania przestrzennego tego terenu...


StNH: Dlaczego pieczesz muffiny?

M: Bo zupy wychodzą mi tragicznie ;) W przeciwieństwie do muffinów. Ale moje tajne moce kulinarne ujawniają się dopiero przy pieczeniu chleba. O tak, w tym jestem dobra. Możecie z resztą popytać na mieście!



fot. Aleksander Hordziej

czwartek, 8 maja 2014

MAGDA


Jestem MAGDA, urodziłam się i mieszkam w Nowej Hucie nieprzerwanie od 24 lat. Moją pasją jest fotografia. Studiowałam Historię Sztuki, obecnie robię magisterkę z Zarządzania Kulturą i powoli kończę fotografię na Krakowskich Szkołach Artystycznych. Od dwóch lat wraz  z chłopakami prowadzimy Radio Nowa Huta.





Stylowa Nowa Huta: Jak zaczęła się Twoja historia z Radiem Nowa Huta?
Magda: Już kilka lat temu uświadomiłam sobie jak ważne jest dla mnie miejsce, w którym się wychowałam. Miałam wiele pomysłów na projekty, które mogłabym zrealizować w Nowej Hucie. Zawsze jednak brakowało mi odwagi, żeby zacząć coś robić. Kiedy byłam na drugim roku studiów postanowiłam szukać. Napisałam kilka maili, chciałam się zaczepić w jakieś instytucji, jako wolontariusz. W końcu trafiłam na ogłoszenie informujące o powstawaniu Radio Nowa Huta i napisałam maila. Odpowiedź otrzymałam natychmiast. Cały kolejny wieczór przesiedziałam z Sebastianem w Kombinatorze snując plany i tworząc wizję dla "naszego" radia..:) I taka to historia.





StNH: Radio Nowa Huta to praca, misja, pasja, idea, sens życia....?
M: Główną ideą i celem działalności Radia jest Pozytywna Promocja Nowej Huty. Tak jak wszyscy działający na rzecz dzielnicy, chcielibyśmy wpłynąć na poprawę wizerunku Nowej Huty w oczach mieszkańców Krakowa i całej Polski. Jak wiadomo, nie jest to łatwe zadanie, bo walka ze stereotypami jest chyba gorsza niż walka z wiatrakami. Z drugiej strony udało mi się rozkochać Hutę w sercach kilku osób, więc wierzę, że jest to możliwe. Unikam raczej patetycznych stwierdzeń, więc trudno mi określić czym dla mnie jest Radio. Myślę, że po trochę to wszystko, co wymieniłyście. Przede wszystkim jednak jest to wielka zajawka i coś, co mimo wielu trudności i niekiedy bardzo ciężkiej pracy, daje mi mnóstwo radości i poczucie spełnienia w pewnych obszarach mojego życia.



StNH: Ile w Tobie Nowej Huty?
M: Hmm… Myślę, że mnóstwo. Lubię jeździć po świecie, zwiedzać, poznawać nowe. Zawsze jednak tęsknie do Huty. Bo nigdzie wiosna nie pachnie tak samo jak tutaj, nigdzie nie jest tak pięknie jesienią. Nie ma na świecie drugiego Zalewu, drugiego Dworku Matejki. Nigdzie też nie ma takich podwórek i przestrzeni. Nie wiem czy potrafiłabym wyprowadzić się stąd na zawsze. Wydaje mi się, że to niemożliwe.





StNH: Nowa Huta to dobre miejsce do działania? Jak to oceniasz?
M: To zdecydowanie świetne miejsce do działania. Widzę tu ogromny potencjał już od dawna. Obserwuje również rozwijające się zjawisko "mody na Nową Hutę". Dzielnica staje się coraz bardziej popularna, ludzie chętniej tu zaglądają. Chociażby z ciekawości. Dlatego trzeba kuć żelazo póki gorące, bo tak naprawdę mamy tutaj mnóstwo rąk do pracy. Wiele osób ma ochotę się zaangażować w różne aktywności. Istnieją instytucje, zgrupowania. Wszyscy tak naprawdę idziemy w jednym kierunku. Nic tylko działać, bo najlepsze dopiero przed nami.




StNH: Stawiasz na lokalność?
M: Zdecydowanie tak. Inaczej nie angażowałabym się w radio i nie wspierałabym innych nowohuckich inicjatyw.

StNH: Twoje ulubione miejsce w Nowej Hucie?
M: Trochę ich już przed chwilą wymieniłam, naprawdę trudno mi wybrać ulubione. Zazwyczaj, kiedy ktoś zadaje mi podobne pytanie pierwszy na myśl przychodzi mi Dworek Matejki. Kiedy jednak zaczynam się zastanawiać głębiej to przychodzą mi do głowy również inne miejsca. Na przykład plac Bieńczycki. Przychodziłam tam z mamą kilka razy w tygodniu po świeże owoce, warzywa i oczywiście zapiekanki. Teraz kiedy mam okazję tam zajrzeć, zawsze wspominam te zakupy z mamą. To jedno z najfajniejszych wspomnień z dzieciństwa. Bardzo lubię również podwórko na osiedlu Górali, tam gdzie jest fontanna z delfinem. To było moje pierwsze podwórko, więc darzę je szczególnym sentymentem. Niedawno ukochałam sobie kolejne miejsce - ulicę Wańkowicza, ale odcinek za al. Solidarności. Tam czas stanął w miejscu wiele lat temu i to naprawdę ciekawy zakątek w Nowej Hucie, do którego mało kto się zapuszcza. No i na koniec wymienię jeszcze Skarpę. Bo nigdzie tak dobrze się nie rozmyśla jak na Nowohuckich Łąkach. Prawda jest taka, że mogłabym wymieniać tak jeszcze długo. Właśnie to mnie w Hucie najbardziej urzeka. To, że mamy tyle wspaniałych miejsc, które się uwielbia.




StNH: Fotografia analogowa czy cyfrowa?
M: Taka i taka. Ostatnio większą frajdę sprawia mi analogowa. Nauczyłam się sama wywoływać filmy, mam własną ciemnię, lubię kombinować. No i ten dreszczyk emocji, czy wyjdzie, czy nie... Każda klisza jest tajemnicą, każda klatka jest cenna. To uczy zupełnie innego podejścia do fotografowania. Jako, że jestem względnie młoda, należę już do tego pokolenia, które swoje pierwsze kroki stawiało na cyfrze. Niby korzystałam wtedy również z analoga, zresztą tego samego, którego używam teraz, ale jednak malutka cyfróweczka wygrywała. Teraz doceniam klisze, bo to uczy pokory i myślenia. Kiedyś tego po prostu nie rozumiałam. Co nie zmienia faktu, że cały czas korzystam z cyfrowego aparatu i nie byłoby mi łatwo się bez niego obejść:)




StNH: Gdzie będzie można zobaczyć Twoje prace w najbliższym czasie?
M: Moje prace, a konkretnie pracę dyplomową na zakończenie Szkoły Kreatywnej Fotografii, będzie można oglądać w ARTzonie OKN w czerwcu. Serdecznie zapraszam wszystkich na wernisaż wystawy, który odbędzie się 5 czerwca o godzinie 19.00. Oprócz tego moje prace będzie można również zobaczyć podczas festiwalu Wszelkie Przejawy Artyzmu, który odbędzie się w sierpniu w Dusznikach Zdroju.



StNH: A jak się czujesz po drugiej stronie obiektywu?
M: Trochę niezręcznie i niepewnie. Zdecydowanie bezpieczniej czuję się po jego właściwej stronie, bo lubię sobie czasem trochę porządzić;)



fot. Aleksander Hordziej

poniedziałek, 13 stycznia 2014

MIŁOSZ cz. 2

Stylowa Nowa Huta: Film, książki, muzyka. Czy stawiasz którąś z tych dziedzin na pierwszym miejscu? Czy wszystko traktujesz równo?

Miłosz: Tak naprawdę wszystko zależy od tego, na co akurat jest zapotrzebowanie. Są okresy, w których montuję naprawdę mało filmów. Bo komputer się zepsuł, bo nie mam fajnego pomysłu, albo jestem zaangażowany akurat w coś innego. A są takie, kiedy w ciągu 24 godzin jestem w stanie nagrać, zmontować i przesłać na YouTube po pięć, sześć filmów!

Jeżeli chodzi o muzykę – w moim życiu jest obecna cały czas - w postaci słuchania radia, mp3, czy śpiewania w chórze, albo grania w różnych miejscach. Zaś tworzenie zależy od tego, czy jest taka potrzeba – czy akurat przygotowuję jakiś projekt, i muszę coś zaaranżować, albo potrzebuję nagrać muzykę do odcinku Z kamerą wśród Książek – bo to też się często zdarza. Teraz akurat jestem na etapie, że chce się nieco bardziej skupić na muzyce – pomóc mi ma w tym niedawno zmontowane bardzo amatorskie domowe studio nagrań.


M: Jedyne, co towarzyszy mi w życiu przez cały czas to książki. Są moją wielka pasja, tudzież... uzależnieniem. Czytam szybko, czytam dużo. Nie ma dnia, w którym bym nie przeczytał choćby rozdziału. Albo dwóch. Ewentualnie całej książki. Czytam wszędzie – w domu, przy obiedzie, w tramwaju, na studiach.

Kiedyś chciałbym znaleźć jakiś złoty środek – pogodzenie każdej z tych rzeczy w równych proporcjach. Ale... czy to nie byłoby nudne? A tak, to jeżeli zmęczę się filmami, zawsze mogę skupić się bardziej na muzyce – i na odwrót.





StNH:
Talent, praca, pomysł. Czy coś jeszcze?

M: Osobowość. Jestem bardzo... otwartym typem człowieka. Lubię występować, nie boję się reakcji odbiorców. Na scenie czuję się swobodnie – a występ w filmie, to przecież prawie jak na scenie. Prawie? Może nawet bardziej – widzowie mogą pauzować, przewijać. Żaden błąd nie umknie. Jestem typem showmana – mam potrzebę tworzenia, występowania – czy to na żywo, czy za pomocą mediów. Bez tego, nawet gdybym chciał coś stworzyć, nie byłbym w tym prawdziwy.


StNH: Skąd w Tobie tyle pasji?

M: Pasja. To ona pozwala przetrwać ciężkie chwile. Wiele było takich momentów, w których moje recenzje były oglądane przez tak mało ludzi, że myślałem nad rzuceniem tego. Nadal nie są to jakieś relatywnie wysokie liczby – ale to co robię, to moja pasja. Nie wyobrażam sobie przeczytać książki i nie móc jej polecić moim widzom. Poza tym jest to ta potrzeba tworzenia. Jeżeli nie Z kamerą wśród Książek – zająłbym się czymś innym. Już teraz w głowie mam kilka pomysłów na nowe kanały, programy. A skąd biorę tą pasję? Chyba po prostu jestem takim typem człowieka.



StNH: Czy masz plan na to, jak to wszystko się rozwinie?

M: Można mieć marzenia, ale nigdy się nie przewidzi, nie zaplanuje tego, jak się coś w naszym życiu rozwinie. Jeszcze rok temu myślałem, że pójdę zdecydowanie w kierunku muzyki. Widziałem siebie jako kompozytora muzyki filmowej, albo rozrywanego aranżera popularnej teraz w Polsce serii koncertów „........... symfonicznie”. Potem zaczęło się Z kamerą wśród Książek, zacząłem nagrywać i montować średnio dwa filmy tygodniowo... Nie wiem, czy ten mój kanał ma szansę jakiegoś spektakularnego rozwoju. Rozsądek mi mówi, że skoro tak mało osób czyta książki, to jeszcze mniej wpadnie na to, że można szukać o nich opinii na YouTube. Mam teraz około 700 widzów. Na realia YouTube to mało. Fajnie by było, gdyby ten kanał mógł zdobyć popularność, byś rozpoznawalnym kanałem... nie tylko o książkach, po prostu kulturalnym – ale rozrywkowym. Myślę o zaczęciu czegoś nowego – niekoniecznie vloga, może własnego programu? Mam też pomysł na serial internetowy... Gdybym tylko miał więcej czasu...

A tak idąc totalnie w świat fantazji: własny kanał telewizyjny, gdzie sam ustalam ramówkę, reżyseruję programy, nagrywam raz jakiś serial, raz talk show, raz relację, a raz film. Ah, marzenia... :)





StNH:
Odkryłeś już swoją Nową Hutę?

M: Tak. O tym między innymi opowiadał mój pierwszy film nagrany z Grupą Filmową RaFiKo czyli „The Barshch. Historia pewnego człowieka”. Ja w Nowej Hucie mieszkam od urodzenia. I to w tej starej części. Od zawsze czułem się mocno związany z tym miejscem. Od dziecka lubiłem ten jego specyficzny klimat. I właśnie ten klimat staraliśmy się uchwycić w naszym filmie. Nie jest to film o Nowej Hucie. Jest on swoistą mieszanką „Dnia Świra”, Davida Lyncha, „Seksmisji” oraz „Momo”. Mroczna, szara rzeczywistość obcego, nielogicznego świata przeplata się tu z absurdem i groteską. Do tych założeń idealnie pasowała nam sceneria Nowej Huty – a szczególnie miejsc nie znanych większości: opuszczonych bloków, ruin, piwnic, dachów. Każda scena filmu powstała w Nowej Hucie – i chyba nikt nie jest w stanie odgadnąć wszystkich lokalizacji. Część z tych lokalizacji znałem z własnych wycieczek po Nowej Hucie, część „odkryliśmy” specjalnie na potrzeby tego filmu. Sam film jest może specyficzny – ale bardzo klimatyczny – a to właśnie dzięki Nowej Hucie. Można go oglądnąć tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=rMHnWFa6Dss




Generalnie, mam bardzo rozwinięty tzw. lokalny patriotyzm. Lubię mówić, że jestem z Nowej Huty, przynależę do tego miejsca. Już od najmłodszych lat przejmowałem się i angażowałem w problemy dzielnicy. Pamiętam, jak będąc brzdącem, bodajże w 4 klasie podstawówki udzielałem wywiad radiu, w którym wyrażałem swój przeciw wobec zmiany nazwy Plac Centralny na Plac im. R. Reagana.

Teraz Nową Hutę promuję w swoich filmach, jak i – już wkrótce? - przez wspólne działania z ARTzoną! :)


fot. Aleksander Hordziej

poniedziałek, 6 stycznia 2014

MIŁOSZ cz.1

Hmmm... Książki


Stylowa Nowa Huta: Zaczynałeś działać już chyba w kołysce, dziecięciem będąc? Tyle inicjatyw na Twoim koncie. Komponujesz, działałeś w grupie filmowej RaFiKo, produkujesz „Z kamerą wśród książek?” Kiedy to wszystko się zaczęło?

Miłosz: No jak to kiedy? W kołysce właśnie! A tak serio... Od najmłodszych lat otoczony byłem muzyką i to w tym kierunku konsekwentnie zmierzałem. Od przedszkola muzycznego, przez 12 lat spędzonych Szkole Muzycznej, aż do teraz – czyli studiów na Akademii Muzycznej.


Pierwsze 5 lat w szkole spędziłem grając na skrzypcach, potem 7 na klarnecie. Lata liceum bardziej skupiłem się na kompozycji, aranżacji. Prowadziłem własny zespół, Avocado, złożony z ludzi z mojej klasy. Działałem też w samorządzie szkolnym - 2 lata byłem przewodniczącym – organizując różne wydarzenia kulturalne i samemu biorąc udział oraz bawiąc się konferansjerką. Generalnie, tyle jeżeli chodzi o moją drogę muzyczną. Z powodu, że jestem bardzo aktywnym człowiekiem, nie lubiącym bezczynności, uwielbiającym angażować się w różne projekty, gdzieś po drodze pojawiła się pasja filmowa. A było to tak...



StNH: No właśnie, jak to się stało, że zacząłeś kręcić?
M: Ponieważ lubię działać, a w klasie miałem szczęście natrafiać na ludzi otwartych na różne pomysły, w 3 klasie gimnazjum, z okazji dnia kobiet, męska część naszej klasy nagrała piosenkę dla dziewczyn. Do popularnej melodii dopisałem tekst, wymyśliłem aranżację, potem nadzorowałem nagrania. Jednak, kiedy piosenka była już nagrana, stwierdziliśmy, że przydałoby się jeszcze dorobić teledysk. Zadeklarowałem się, że się tego podejmę, mimo że nie miałem żadnego doświadczenia z montażem. Do teledysku użyliśmy filmów z sesji nagraniowych. Montowanie okazało się wcale nie takie trudne. Więcej – okazało się świetną zabawą! Chyba nie muszę dodawać, że piosenka w szkole zrobiła furorę, i do dziś jest wspominana. Zresztą, co będę mówił – posłuchajcie sami: youtu.be/enKAy61JxA4




To było moje pierwsze zetknięcie z montażem filmów. Potem, naturalne się stało, że na każdą wycieczkę klasową brałem kamerę i montowałem z niej jakiś film. Kiedy więc nieuchronnie zbliżał się kolejny Dzień Kobiet, razem z moimi kolegami, Olkiem i Maćkiem zaczęliśmy myśleć, co można zrobić, aby przebić sukces ubiegłorocznej piosenki. Padło na film. I tak, mówiąc w skrócie, powstała Grupa Filmowa RaFiKo. Prace nad filmem miały nam zająć tydzień, ale tak nam się to spodobało, a projekt się rozwinął, że przedłużyły się do roku. Tak więc na wyjątkowy prezent dziewczyny musiały tym razem czekać 2 lata. Działanie w RaFiKo dało mi duże doświadczenie – z racji, że było nas trzech, każdy musiał umieć robić wszystko: napisać scenariusz, znaleźć miejscówkę do nagrań, a w końcu stanąć przed kamerą jako aktor, albo za, jako operator. Nie mówię oczywiście już o całej post produkcji – montażu, skomponowaniem muzyki do tego filmu, czy później jego promocją i dystrybucją.

Z RaFiKo działaliśmy przez kolejne dwa lata, chcą tworzyć tzw. ambitne kino (jak na przykład etiuda filmowa nawiązująca do filmów Chaplina – „Tańczący z Arbuzem”) jednak nasze filmy nie miały feedbacku. Mało kto je oglądał, a jeszcze mniej osób oglądało świadomie, zastanawiając się, co chcieliśmy przekazać danym filmem. I tak we mnie powoli budził się do tego sprzeciw. Chciałem tworzyć coś nie tylko dla samej potrzeby tworzenia, ale... dla ludu. Coś lżejszego, rozrywkowego, zabawnego. Myślałem tak: „Co poza muzyką i filmami zajmuje mi najwięcej czasu? Hmmm... Książki!”. I tak powstał internetowy program Z kamerą wśród Książek.






StNH: „Z kamerą wśród książek” to dosyć innowacyjny pomysł na recenzowanie literatury. Czy coś Cię zainspirowało do realizacji tego przedsięwzięcia?

M: W tym momencie byłem (i dalej jestem) bardzo aktywnym YouTuberem. Co to znaczy? Subskrybuję ponad 100 twórców. Komentuję, obserwuję ich postępy, doceniam ich pracę. Tak zapoznałem się z formą, jaką jest videoblog (w skrócie vlog) i zapragnąłem mieć własny. Wszyscy moi znajomi wiedzą, że jeżeli chcą coś przeczytać, pytają mnie o to, co polecam. I właśnie na tym chciałem oprzeć swój kanał. Na recenzjach literatury. Początkowo recenzje ukazywały się nieregularnie. Jeżeli skończyłem jakąś książkę, która mi się spodobała – nagrywałem o tym odcinek – recenzję, w której – tak jak moim znajomym – opowiadałem o czym jest książka, mówiłem o swoich wrażeniach. Od początku założeniami było to, żeby recenzje były ciekawe, zabawne i miłe do oglądania. Powoli rosła liczba odcinków – i liczba stałych widzów. Pierwszy przełom nastąpił, kiedy zacząłem współpracę recenzencką z portalem literackim upadli.pl, która notabene trwa do dziś. Otóż, okazało się, że nie ja jeden wpadłem pomysł recenzowania literatury. W polskim internecie jest bardzo rozbudowana blogosfera książkowa. Ludzie czytają książki, po czym piszą na swoich blogach ich recenzje. Współpraca recenzencka, to układ z portalem lub wydawnictwem, polegający na tym, że recenzent zamawia sobie interesującą książkę, którą otrzymuje bezpłatnie – w zamian za recenzję. Układ wręcz idealny! Ileż razy gryzłem się, że za dużo pieniędzy wydaję na książki! A teraz, nie dość, że dostaje je za darmo, to potem oni jeszcze pomagają mi wypromować mój odcinek! I tak właśnie było. Potem, poza portalem upadli.pl współpracowałem jeszcze z innymi portalami i wydawnictwami, jednak największy przełom i zdobycie największej liczby nowych widzów nastąpiło właśnie dzięki tej pierwszej współpracy. Pierwszej, chociaż nie najbardziej spektakularnej. Bowiem jakiś czas później rozpocząłem współpracę z... TVP! A wszystko przez Facebooka... Posłuchajcie...




M: Na facebooku prowadzę dość aktywnie fanpejdża swojego programu. Lajkuję różne strony związane z literaturą i czytelnictwem, komentuje. I właśnie jedną z takich stron, której życzyłem powodzenia w szybkim rozwoju był fanpejdż „Śląskie czyta” - nowo powstającego programu o literaturze w TVP Katowice. Ten jeden komentarz sprawił, że osoba moderująca stronę oglądnęła parę moich recenzji, po czym pokazała reżyserowi tego programu. Parę dni później dostałem telefon z TVP od reżysera, z pytaniem, czy nie chciałbym robić krótszych wersji recenzji dla TVP. Odpowiedź mogła być tylko jedna... :)

http://www.youtube.com/playlist?list=PLUmUQYQ5paGF-r3RT3NkE2UaApl8qorVq


Program dalej się rozwijał, a wraz z nim rozwijały się moje umiejętności montażowe, jak i zaplecze techniczne. W recenzjach zaczęły się pojawiać efekty specjalne. Zacząłem też nagrywać na green screenie, co pozwalało mi na umieszczenie się praktycznie... wszędzie! Coraz bardziej eksperymentowałem też z samą formą recenzji. Pojawiały się adaptacje scen z książki, klony, a raz recenzję wplotłem w parodię programu dywersyjno – zapobiegawczego!



Teraz Z kamerą wśród Książek stawia na różnorodność. Poza recenzjami książek pojawiły się też nowe serie: Z kamerą wśród Ludzi, gdzie rozmawiam z ciekawymi ludźmi, oraz Z kamerą wśród Wydarzeń – w ramach której przygotowałem wspólnie z ARTzoną relację z wydarzenia literackiego „Fredro na Centralnym” oraz recenzję koncertu Electric Light Orchestra.






fot.Aleksander Hordziej

cdn.