Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 września 2015

DJ Wake Up

Wake Up czyli Witek Emanuel Ryć, to pochodzący z lubelszczyzny ziomek zajawiony muzyką, która towarzyszy mu praktycznie całe życie. Jest Dj'em, bębniarzem, pedagogiem i smakoszem dobrego rzemieślniczego piwa. Człowiek zakręcony i wiecznie gdzieś biegnący. Nowohucianin z wyboru, choć nie rodowity :)




Stylowa Nowa Huta: Jak to się zaczęło? Kiedy zacząłeś miksować?
Wake Up: W mojej głowie przygoda z dj'ingiem zaczęła się gdy pierwszy raz zobaczyłem scratch'ującego na winylu gościa w legendarnym programie Yo MTV Rap's ponad 20 lat temu i zakochałem się wtedy w kulturze HipHop, de facto mało o niej wiedząc. Jednak warstwa muzyczna tego fenomenalnego zjawiska bardzo mnie wówczas urzekła. Zawsze miałem duży szacunek do dj'ów, tj. Mr. Krime, Funkmaster Flex, Jan Marian, 600 V... i gdzieś tam marzyłem sobie, by może kiedyś stanąć choć na chwilę za gramofonami i puszczać naprawdę dobrą muzykę. Pierwsza moja impreza to zagrana z kaset balanga w piwnicy w moim bloku za dzieciaka :). Imprezy klubowe gram regularnie od 6 lat, zaś koncerty z raperami (Hiob, Rymcerze, Kolah, Maro En...) od 3.







StNH: Jesteś również pedagogiem, prowadzisz zajęcia z dzieciakami...

Wake Up: Praca pedagoga to zadanie wymagające pełnego zaangażowania oraz dużej cierpliwości. Od zawsze myśląc o swojej drodze zawodowej wiedziałem, że chcę pracować z Człowiekiem, że chcę pomagać i prowadzić, to jest wpisane w moją naturę (mam na imię Witek a z języka litewskiego Vitautas znaczy "Przewodzący ludowi" czyli dokładnie to co robi dj grający swój set) :P

Jako pedagog pracuję z dziećmi oraz osobami chorującymi na autyzm i tu bardzo pomocna jest muzyka, dzięki której mogę znaleźć z nimi swój wspólny mianownik. Staram się zatem łączyć obie te pasje i tak jak potrafię arteterapeutyzować czy to w szkole, świetlicach czy w klubach a nawet w domu. Jak tylko znajdę więcej czasu to będzie można usłyszeć mnie także w radiu:)






StNH: Czy miłośnik winyli gra tylko z winyli?

Wake Up: Niekoniecznie. Ja robię to bo tak to czuję. Jak wpiszecie na YT "Lubię Placki - Dj. Wake Up" to dowiecie się więcej na ten temat :)







StNH: Ile waży sprzęt DJski, który zabierasz ze sobą na imprezy?

Wake Up: Sprzet dj'ski, którego używam to dwa razy legendarny gramofon Sl1210mk2, czyli model firmy Technics. Jeden case waży ok 15-16 kg, plus mixer ważący ok 2-4kg. Oczywiście nie może zabraknąć 20 kg płyt:). Jednak sprzęt do grania zabieram tylko na koncerty lub gdy gram w miejscu gdzie go nie ma na wyposażeniu. Dobre kluby muzyczne zapewniają, w/w "set up", by dj nie musiał za każdym razem się z nim bujać na imprezy.







StNH: Gdzie Cię można spotkać w najbliższym czasie?

Wake Up: Stałym punktem moich dj'skich aktywności jest cykl zapoczątkowany z moim kolegą Dj. Kaj't Kajtech w klubie Alchemia. Nazwa się Check Out The G.r.oo.v.e i polega on na prezentowaniu unikatowych nagrań z bardzo różnych rejonów muzycznych od oldchool'owego soulu, funku po brzmienia współczesne bazujące na rytmach i pulsie przy, którym nie da się nie tańczyć. Grywam także w krakowskich klubach, tj. Bomba, Szpitalna 1, Finka, Pasaż a ostatnio w Pauzie. Od czasu do czasu pojawiam się lokalnie w Kombinatorze :)



StNH: Skąd się wzięła Nowa Huta w Twoim życiu?

Wake Up: Nowa Huta to miejsce gdzie zamieszkałem zaraz po przeprowadzce do Krakowa 9 lat temu. Tu poznałem swoją Ukochaną Magdę i zapuściłem korzenie. Jest to miejsce z potencjałem i warto inwestować swój czas i energię, by było tu nam wszystkim dobrze i pozytywnie. Ja staram się to robić poprzez dzielenie się muzyką prosto z serca i winyla :)


fot. Aleksander Hordziej



piątek, 3 lipca 2015

AGNIESZKA

AGNIESZKA


Stylowa Nowa Huta: Muzyka jest Twoim życiem?

Agnieszka: Jego ogromną częścią. Jeśli poświęcasz czemuś czas i energię od dziecka wtedy to coś w naturalny sposób staje się częścią ciebie. Gdyby ktoś dziś zabrał mi muzykę i powiedział: „od dziś nigdy więcej” to byłoby mi bardzo dziwnie. Jestem wprawdzie absolwentką studiów dziennikarskich, więc może jakoś bym się odnalazła w świecie mediów, ale na pewno miałabym przez to w świadomości ogromną dziurę, którą trudno byłoby wypełnić. Moja praca nie musi mieć związku z graniem, bo jest wiele innych ciekawych spraw, ale nie może mi go uniemożliwić. Zwykle każdy mój dzień ma jakieś „muzyczne zadanie”, nawet jeśli polega ono na zamknięciu się w pokoju i wyćwiczeniu jakiegoś trudnego miejsca to i tak stanowi ważną część mojego czasu.




StNH: Właśnie obroniłaś dyplom na Akademii Muzycznej w Katowicach, jakie są Twoje dalsze plany zawodowe?

A: Trudne pytanie. Jest kilka opcji i pomysłów, ale dziś trudno jeszcze powiedzieć, co z tego wyniknie, więc żeby nic nie zepsuć i nie zapeszyć to póki co buzia na kłódkę :) Często funkcjonuję w systemie „od projektu do projektu” i to jest bardzo ciekawe i rozwijające, ale z drugiej strony gwarantuje pełną niestabilność wszelkiego typu planów.

StNH: Uczenie dzieci daje radość?

A: Ogromną. Kontakt z dziećmi to zastrzyk pozytywnej energii. To też wyzwanie, trening kreatywności i cierpliwości. Moje uczennice (bo nie trafił mi się do tej pory w klasie żaden chłopiec) są zwykle bardzo zdolne i chętne do pracy, ale czasem trzeba się sporo nagimnastykować, żeby im to uświadomić. Dzięki temu mam cały czas oczy i uszy otwarte i szukam nowych sposobów pracy z nimi i codziennie sama czegoś się uczę. A kiedy potem widzę jak moje dziewczyny dają czadu na scenie to jestem z nich naprawdę dumna.



StNH: Koncertowałaś już w różnych miejscach na świecie. Który występ wspominasz najmilej?

A: Nie mam chyba jednego występu. Koncert to zwykle całe pasmo zdarzeń. Jest trochę radości i trochę ciężkiej pracy, trochę zimnej koncentracji i trochę emocji. W moich wspomnieniach żyje mnóstwo momentów zapisanych uczuciami, które wyzwoliła muzyka. Są i radość i smutek i refleksja i zabawa, choć nie zawsze wiem, do czego je przypisać. Pamiętam za to dobrze wiele osób, które przychodziły po występach i dziękowały za wspaniałe przeżycia. Chwile kiedy dostaję taką wiadomość zwrotną są dla mnie niezwykle ważne, bo to znaczy, że to co robię ma sens. Chociaż teraz, kiedy zaczęłam wspominać przyszły mi na myśl koncerty organizowane przez fundację Andrzeja Brandstattera Pro Artis, gdzie na jednej scenie spotykają się podopieczni fundacji – niejednokrotnie osoby niepełnosprawne – z gwiazdami sceny muzycznej, aby razem wykonywać utwory. Niezwykła atmosfera, jaka panuje od pierwszej próby po zakończenie projektu sprawia, że wszyscy czują, że biorą udział w czymś wyjątkowym. Tym graniom towarzyszy dużo więcej ciepła i rodzinnego nastroju, które każdy zabiera potem ze sobą, by dzielić się nimi z otaczającymi go ludźmi.





StNH: Zawód muzyka to ciągłe spotkanie z ludźmi i stałe poddawanie się ocenie? To pewnie wiąże się z nieustającym stresem?

A: Tak. I czasem to jest trudne, ale z drugiej strony ta adrenalina jest często bardzo pozytywna. Kiedy trafi się spokojniejszy okres bez występów szybko zaczyna mi tego brakować. Oczywiście nigdy nie tęsknię za egzaminami, ale za możliwością zagrania komuś czegoś ładnego. A kiedy na twarzach słuchaczy widać, że to do nich przemawia przyjemność jest naprawdę ogromna. Na występ się czeka. Niejednokrotnie z niepokojem i w dużym napięciu. Czasem nawet z przekonaniem, że za dużo mnie to kosztuje i to już na pewno ostatni raz. Na scenie bywa różnie, nie zawsze jest łatwo i miło, ale potem niemal natychmiast pojawia się myśl „to co, kiedy i z kim gram następnym razem?” i wszystko złe znika. To chyba jest uzależnienie.


StNH: Śpiewasz także w chórze VOX POPULI. To szczególna grupa ludzi.

A: Tak, ten chór to bardzo szczególna instytucja. Powołaliśmy ją do życia z sympatii do śpiewu i do siebie nawzajem. Twarzą zespołu jest pan profesor Rafał Marchewczyk, który wielu z nas uczył śpiewu w szkole muzycznej. Nie tylko śpiewu zresztą. Uczył muzyki. I życia. I mówił wiele mądrych rzeczy, których sens docenia się czasem dopiero po latach. Pokazywał jak patrzeć na świat przez kolorową szybkę, tak, żeby widzieć więcej niż inni. Jego niezwykły dar do tworzenia zespołu, który czuje muzykę w podobny sposób i chce dzielić się nią z innymi sprawia, że zespół, mimo, iż duża część składu to osoby bez muzycznego wykształcenia, radzi sobie z wieloma trudnymi utworami. Ostatnio ze względu na pracę mało mam czasu by uczestniczyć w życiu zespołu, niemniej czuję z nim silny związek, cały czas monitoruję zbliżające się wydarzenia i kiedy tylko mogę staram się brać w nich udział. Bo śpiewanie to dla mnie ważna część muzyki, nigdzie nie doświadcza się tak bardzo wspólnego jej przeżywania jak w chórze i to jest bardzo piękne. W krajach skandynawskich jest moda, żeby wszyscy śpiewali w chórach. Super! U nas też by się przydało, nie dlatego, że każdy ma być wielkim artystą, ale dla satysfakcji jaką daje taka forma wspólnego spędzania czasu. Niektórzy mówią nawet o terapeutycznych właściwościach śpiewu i chyba coś w tym jest. Naprawdę każdemu polecam. A do naszego chóru nabór trwa cały czas ;)


STNH: Nowa Huta jest muzykalna?

A: Oj bardzo. Mam sąsiada, który często śpiewa, nie wiem czy przy goleniu, czy przy sprzątaniu, ale za to wiem, że robi to głośno i chętnie. Czasem wystarczy jedna fraza by wprawić mnie w dobry humor na cały dzień. W Hucie jest wiele miejsc, które umożliwiają muzykowanie. Jest prężnie działająca szkoła muzyczna, domy kultury z bogatą ofertą zarówno edukacyjną jak i koncertową, są wreszcie festiwale i wydarzenia, w których mieszkańcy chętnie uczestniczą. Wśród wielu moich znajomych krakusów pokutuje twierdzenie, że Huta to koniec świata i nic się tu nie dzieje, ale to zupełnie nieprawda. Wystarczy tylko odrzucić stereotypy i odrobinę się rozejrzeć, żeby odkryć, że to miejsce warte odwiedzenia.



StNH: Kobieta Muzyk jest…
A: Kobietą. Potrzebuje 15 sukienek i 20 par butów na każdą okazję.
Pracusiem. Zawsze ma całą listę rzeczy do zrobienia „na już” a jeszcze więcej „na wczoraj”.
Idealistką. Chce wszystko zrobić najlepiej.
Optymistką. Szuka dobrych i pięknych stron we wszystkim, co ją napotka.
Bałaganiarą. Rzadko bywa w domu i traktuje go często jak magazyn i przechowalnię, więc sprzątanie nie bywa na pierwszym miejscu. Chyba, że rodzice zamierzają wpaść z wizytą…
Wrażliwcem. Zwykłe, codzienne sprawy potrafią głęboko ją poruszyć i wzruszyć do łez. Oglądanie melodramatów mocno odradzane.
Mistrzem organizacji. Mogłaby pracować w logistyce. Czas i przestrzeń to rzeczy względne.
Muzykiem. Więcej myśli o Mozarcie niż o liście zakupów czy cieknącym kranie. Chyba, że woda kapie nierytmicznie i przeszkadza we frazowaniu…


fot. Aleksander Hordziej

poniedziałek, 13 stycznia 2014

MIŁOSZ cz. 2

Stylowa Nowa Huta: Film, książki, muzyka. Czy stawiasz którąś z tych dziedzin na pierwszym miejscu? Czy wszystko traktujesz równo?

Miłosz: Tak naprawdę wszystko zależy od tego, na co akurat jest zapotrzebowanie. Są okresy, w których montuję naprawdę mało filmów. Bo komputer się zepsuł, bo nie mam fajnego pomysłu, albo jestem zaangażowany akurat w coś innego. A są takie, kiedy w ciągu 24 godzin jestem w stanie nagrać, zmontować i przesłać na YouTube po pięć, sześć filmów!

Jeżeli chodzi o muzykę – w moim życiu jest obecna cały czas - w postaci słuchania radia, mp3, czy śpiewania w chórze, albo grania w różnych miejscach. Zaś tworzenie zależy od tego, czy jest taka potrzeba – czy akurat przygotowuję jakiś projekt, i muszę coś zaaranżować, albo potrzebuję nagrać muzykę do odcinku Z kamerą wśród Książek – bo to też się często zdarza. Teraz akurat jestem na etapie, że chce się nieco bardziej skupić na muzyce – pomóc mi ma w tym niedawno zmontowane bardzo amatorskie domowe studio nagrań.


M: Jedyne, co towarzyszy mi w życiu przez cały czas to książki. Są moją wielka pasja, tudzież... uzależnieniem. Czytam szybko, czytam dużo. Nie ma dnia, w którym bym nie przeczytał choćby rozdziału. Albo dwóch. Ewentualnie całej książki. Czytam wszędzie – w domu, przy obiedzie, w tramwaju, na studiach.

Kiedyś chciałbym znaleźć jakiś złoty środek – pogodzenie każdej z tych rzeczy w równych proporcjach. Ale... czy to nie byłoby nudne? A tak, to jeżeli zmęczę się filmami, zawsze mogę skupić się bardziej na muzyce – i na odwrót.





StNH:
Talent, praca, pomysł. Czy coś jeszcze?

M: Osobowość. Jestem bardzo... otwartym typem człowieka. Lubię występować, nie boję się reakcji odbiorców. Na scenie czuję się swobodnie – a występ w filmie, to przecież prawie jak na scenie. Prawie? Może nawet bardziej – widzowie mogą pauzować, przewijać. Żaden błąd nie umknie. Jestem typem showmana – mam potrzebę tworzenia, występowania – czy to na żywo, czy za pomocą mediów. Bez tego, nawet gdybym chciał coś stworzyć, nie byłbym w tym prawdziwy.


StNH: Skąd w Tobie tyle pasji?

M: Pasja. To ona pozwala przetrwać ciężkie chwile. Wiele było takich momentów, w których moje recenzje były oglądane przez tak mało ludzi, że myślałem nad rzuceniem tego. Nadal nie są to jakieś relatywnie wysokie liczby – ale to co robię, to moja pasja. Nie wyobrażam sobie przeczytać książki i nie móc jej polecić moim widzom. Poza tym jest to ta potrzeba tworzenia. Jeżeli nie Z kamerą wśród Książek – zająłbym się czymś innym. Już teraz w głowie mam kilka pomysłów na nowe kanały, programy. A skąd biorę tą pasję? Chyba po prostu jestem takim typem człowieka.



StNH: Czy masz plan na to, jak to wszystko się rozwinie?

M: Można mieć marzenia, ale nigdy się nie przewidzi, nie zaplanuje tego, jak się coś w naszym życiu rozwinie. Jeszcze rok temu myślałem, że pójdę zdecydowanie w kierunku muzyki. Widziałem siebie jako kompozytora muzyki filmowej, albo rozrywanego aranżera popularnej teraz w Polsce serii koncertów „........... symfonicznie”. Potem zaczęło się Z kamerą wśród Książek, zacząłem nagrywać i montować średnio dwa filmy tygodniowo... Nie wiem, czy ten mój kanał ma szansę jakiegoś spektakularnego rozwoju. Rozsądek mi mówi, że skoro tak mało osób czyta książki, to jeszcze mniej wpadnie na to, że można szukać o nich opinii na YouTube. Mam teraz około 700 widzów. Na realia YouTube to mało. Fajnie by było, gdyby ten kanał mógł zdobyć popularność, byś rozpoznawalnym kanałem... nie tylko o książkach, po prostu kulturalnym – ale rozrywkowym. Myślę o zaczęciu czegoś nowego – niekoniecznie vloga, może własnego programu? Mam też pomysł na serial internetowy... Gdybym tylko miał więcej czasu...

A tak idąc totalnie w świat fantazji: własny kanał telewizyjny, gdzie sam ustalam ramówkę, reżyseruję programy, nagrywam raz jakiś serial, raz talk show, raz relację, a raz film. Ah, marzenia... :)





StNH:
Odkryłeś już swoją Nową Hutę?

M: Tak. O tym między innymi opowiadał mój pierwszy film nagrany z Grupą Filmową RaFiKo czyli „The Barshch. Historia pewnego człowieka”. Ja w Nowej Hucie mieszkam od urodzenia. I to w tej starej części. Od zawsze czułem się mocno związany z tym miejscem. Od dziecka lubiłem ten jego specyficzny klimat. I właśnie ten klimat staraliśmy się uchwycić w naszym filmie. Nie jest to film o Nowej Hucie. Jest on swoistą mieszanką „Dnia Świra”, Davida Lyncha, „Seksmisji” oraz „Momo”. Mroczna, szara rzeczywistość obcego, nielogicznego świata przeplata się tu z absurdem i groteską. Do tych założeń idealnie pasowała nam sceneria Nowej Huty – a szczególnie miejsc nie znanych większości: opuszczonych bloków, ruin, piwnic, dachów. Każda scena filmu powstała w Nowej Hucie – i chyba nikt nie jest w stanie odgadnąć wszystkich lokalizacji. Część z tych lokalizacji znałem z własnych wycieczek po Nowej Hucie, część „odkryliśmy” specjalnie na potrzeby tego filmu. Sam film jest może specyficzny – ale bardzo klimatyczny – a to właśnie dzięki Nowej Hucie. Można go oglądnąć tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=rMHnWFa6Dss




Generalnie, mam bardzo rozwinięty tzw. lokalny patriotyzm. Lubię mówić, że jestem z Nowej Huty, przynależę do tego miejsca. Już od najmłodszych lat przejmowałem się i angażowałem w problemy dzielnicy. Pamiętam, jak będąc brzdącem, bodajże w 4 klasie podstawówki udzielałem wywiad radiu, w którym wyrażałem swój przeciw wobec zmiany nazwy Plac Centralny na Plac im. R. Reagana.

Teraz Nową Hutę promuję w swoich filmach, jak i – już wkrótce? - przez wspólne działania z ARTzoną! :)


fot. Aleksander Hordziej

poniedziałek, 6 stycznia 2014

MIŁOSZ cz.1

Hmmm... Książki


Stylowa Nowa Huta: Zaczynałeś działać już chyba w kołysce, dziecięciem będąc? Tyle inicjatyw na Twoim koncie. Komponujesz, działałeś w grupie filmowej RaFiKo, produkujesz „Z kamerą wśród książek?” Kiedy to wszystko się zaczęło?

Miłosz: No jak to kiedy? W kołysce właśnie! A tak serio... Od najmłodszych lat otoczony byłem muzyką i to w tym kierunku konsekwentnie zmierzałem. Od przedszkola muzycznego, przez 12 lat spędzonych Szkole Muzycznej, aż do teraz – czyli studiów na Akademii Muzycznej.


Pierwsze 5 lat w szkole spędziłem grając na skrzypcach, potem 7 na klarnecie. Lata liceum bardziej skupiłem się na kompozycji, aranżacji. Prowadziłem własny zespół, Avocado, złożony z ludzi z mojej klasy. Działałem też w samorządzie szkolnym - 2 lata byłem przewodniczącym – organizując różne wydarzenia kulturalne i samemu biorąc udział oraz bawiąc się konferansjerką. Generalnie, tyle jeżeli chodzi o moją drogę muzyczną. Z powodu, że jestem bardzo aktywnym człowiekiem, nie lubiącym bezczynności, uwielbiającym angażować się w różne projekty, gdzieś po drodze pojawiła się pasja filmowa. A było to tak...



StNH: No właśnie, jak to się stało, że zacząłeś kręcić?
M: Ponieważ lubię działać, a w klasie miałem szczęście natrafiać na ludzi otwartych na różne pomysły, w 3 klasie gimnazjum, z okazji dnia kobiet, męska część naszej klasy nagrała piosenkę dla dziewczyn. Do popularnej melodii dopisałem tekst, wymyśliłem aranżację, potem nadzorowałem nagrania. Jednak, kiedy piosenka była już nagrana, stwierdziliśmy, że przydałoby się jeszcze dorobić teledysk. Zadeklarowałem się, że się tego podejmę, mimo że nie miałem żadnego doświadczenia z montażem. Do teledysku użyliśmy filmów z sesji nagraniowych. Montowanie okazało się wcale nie takie trudne. Więcej – okazało się świetną zabawą! Chyba nie muszę dodawać, że piosenka w szkole zrobiła furorę, i do dziś jest wspominana. Zresztą, co będę mówił – posłuchajcie sami: youtu.be/enKAy61JxA4




To było moje pierwsze zetknięcie z montażem filmów. Potem, naturalne się stało, że na każdą wycieczkę klasową brałem kamerę i montowałem z niej jakiś film. Kiedy więc nieuchronnie zbliżał się kolejny Dzień Kobiet, razem z moimi kolegami, Olkiem i Maćkiem zaczęliśmy myśleć, co można zrobić, aby przebić sukces ubiegłorocznej piosenki. Padło na film. I tak, mówiąc w skrócie, powstała Grupa Filmowa RaFiKo. Prace nad filmem miały nam zająć tydzień, ale tak nam się to spodobało, a projekt się rozwinął, że przedłużyły się do roku. Tak więc na wyjątkowy prezent dziewczyny musiały tym razem czekać 2 lata. Działanie w RaFiKo dało mi duże doświadczenie – z racji, że było nas trzech, każdy musiał umieć robić wszystko: napisać scenariusz, znaleźć miejscówkę do nagrań, a w końcu stanąć przed kamerą jako aktor, albo za, jako operator. Nie mówię oczywiście już o całej post produkcji – montażu, skomponowaniem muzyki do tego filmu, czy później jego promocją i dystrybucją.

Z RaFiKo działaliśmy przez kolejne dwa lata, chcą tworzyć tzw. ambitne kino (jak na przykład etiuda filmowa nawiązująca do filmów Chaplina – „Tańczący z Arbuzem”) jednak nasze filmy nie miały feedbacku. Mało kto je oglądał, a jeszcze mniej osób oglądało świadomie, zastanawiając się, co chcieliśmy przekazać danym filmem. I tak we mnie powoli budził się do tego sprzeciw. Chciałem tworzyć coś nie tylko dla samej potrzeby tworzenia, ale... dla ludu. Coś lżejszego, rozrywkowego, zabawnego. Myślałem tak: „Co poza muzyką i filmami zajmuje mi najwięcej czasu? Hmmm... Książki!”. I tak powstał internetowy program Z kamerą wśród Książek.






StNH: „Z kamerą wśród książek” to dosyć innowacyjny pomysł na recenzowanie literatury. Czy coś Cię zainspirowało do realizacji tego przedsięwzięcia?

M: W tym momencie byłem (i dalej jestem) bardzo aktywnym YouTuberem. Co to znaczy? Subskrybuję ponad 100 twórców. Komentuję, obserwuję ich postępy, doceniam ich pracę. Tak zapoznałem się z formą, jaką jest videoblog (w skrócie vlog) i zapragnąłem mieć własny. Wszyscy moi znajomi wiedzą, że jeżeli chcą coś przeczytać, pytają mnie o to, co polecam. I właśnie na tym chciałem oprzeć swój kanał. Na recenzjach literatury. Początkowo recenzje ukazywały się nieregularnie. Jeżeli skończyłem jakąś książkę, która mi się spodobała – nagrywałem o tym odcinek – recenzję, w której – tak jak moim znajomym – opowiadałem o czym jest książka, mówiłem o swoich wrażeniach. Od początku założeniami było to, żeby recenzje były ciekawe, zabawne i miłe do oglądania. Powoli rosła liczba odcinków – i liczba stałych widzów. Pierwszy przełom nastąpił, kiedy zacząłem współpracę recenzencką z portalem literackim upadli.pl, która notabene trwa do dziś. Otóż, okazało się, że nie ja jeden wpadłem pomysł recenzowania literatury. W polskim internecie jest bardzo rozbudowana blogosfera książkowa. Ludzie czytają książki, po czym piszą na swoich blogach ich recenzje. Współpraca recenzencka, to układ z portalem lub wydawnictwem, polegający na tym, że recenzent zamawia sobie interesującą książkę, którą otrzymuje bezpłatnie – w zamian za recenzję. Układ wręcz idealny! Ileż razy gryzłem się, że za dużo pieniędzy wydaję na książki! A teraz, nie dość, że dostaje je za darmo, to potem oni jeszcze pomagają mi wypromować mój odcinek! I tak właśnie było. Potem, poza portalem upadli.pl współpracowałem jeszcze z innymi portalami i wydawnictwami, jednak największy przełom i zdobycie największej liczby nowych widzów nastąpiło właśnie dzięki tej pierwszej współpracy. Pierwszej, chociaż nie najbardziej spektakularnej. Bowiem jakiś czas później rozpocząłem współpracę z... TVP! A wszystko przez Facebooka... Posłuchajcie...




M: Na facebooku prowadzę dość aktywnie fanpejdża swojego programu. Lajkuję różne strony związane z literaturą i czytelnictwem, komentuje. I właśnie jedną z takich stron, której życzyłem powodzenia w szybkim rozwoju był fanpejdż „Śląskie czyta” - nowo powstającego programu o literaturze w TVP Katowice. Ten jeden komentarz sprawił, że osoba moderująca stronę oglądnęła parę moich recenzji, po czym pokazała reżyserowi tego programu. Parę dni później dostałem telefon z TVP od reżysera, z pytaniem, czy nie chciałbym robić krótszych wersji recenzji dla TVP. Odpowiedź mogła być tylko jedna... :)

http://www.youtube.com/playlist?list=PLUmUQYQ5paGF-r3RT3NkE2UaApl8qorVq


Program dalej się rozwijał, a wraz z nim rozwijały się moje umiejętności montażowe, jak i zaplecze techniczne. W recenzjach zaczęły się pojawiać efekty specjalne. Zacząłem też nagrywać na green screenie, co pozwalało mi na umieszczenie się praktycznie... wszędzie! Coraz bardziej eksperymentowałem też z samą formą recenzji. Pojawiały się adaptacje scen z książki, klony, a raz recenzję wplotłem w parodię programu dywersyjno – zapobiegawczego!



Teraz Z kamerą wśród Książek stawia na różnorodność. Poza recenzjami książek pojawiły się też nowe serie: Z kamerą wśród Ludzi, gdzie rozmawiam z ciekawymi ludźmi, oraz Z kamerą wśród Wydarzeń – w ramach której przygotowałem wspólnie z ARTzoną relację z wydarzenia literackiego „Fredro na Centralnym” oraz recenzję koncertu Electric Light Orchestra.






fot.Aleksander Hordziej

cdn.

piątek, 25 października 2013

Paulina i Rafał cz.1

NOWA HUTA – „POLE” DO DZIAŁANIA


PAULINA: streetworkerka, networkerka, członkini zarządu Fundacji Nowe Centrum. Realistka, która uwielbia rękodzieło artystyczne, kreatywne pomysły i rozwiązania dnia codziennego oraz czekoladę.

RAFAŁ: raper, członek undergroundowego labelu PRO i sekretarz Stowarzyszenia „Zajawka”, od 12 lat na scenie hip hopowej.
 


Paulinę i Rafała poznaliśmy już jakiś czas temu i nie ukrywamy, że jesteśmy pod wrażeniem tego jak wiele pasji i zaangażowania jest w ich działaniach. Oboje związani są silnie i współtworzą dwie nowohuckie organizacje pozarządowe Stowarzyszenie "ZAJAWKA" i Fundację Nowe Centrum. 

Fundacja Nowe Centrum: to organizacja non-profit założona przez pedagogów - streetworkerów we wrześniu 2012 roku. Jej głównym celem jest wspieranie osób zagrożonych wykluczeniem społecznym, a także promocja idei wolontariatu. Znakiem rozpoznawczym Fundacji jest Rakieta Edukacyjna oraz szereg projektów opartych na szacunku i tolerancji.

Stowarzyszenie „Zajawka”: to grupa ludzi, których łączy wspólna pasja i miłość do muzyki hip hop. Organizacja powstała w 2011 roku w Krakowie. Członkowie „Zajawki” działają na rzecz upowszechniania kultury hiphopowej, włączają się w akcje charytatywne, prowadzą działania mające na celu profilaktykę zdrowotną i profilaktykę uzależnień.   







Stylowa Nowa Huta: Skąd pomysł na streetworking?

Paulina: Pomysł powstał już bardzo dawno temu zanim zamieszkałam w Krakowie. Wymyśliłam sobie taki rodzaj pracy po obejrzeniu pewnego reportażu o streetworkerach i konsekwentnie postanowiłam podążać w tym kierunku. Wierzę i wiem, że streetworking rzeczywiście działa, przynosi efekty i daje wiele dobrego. Dlatego zajmuję się tym już ponad 6 lat i mam nadzieję, że będę mieć możliwość pracować w ten sposób. 



StNH: A kiedy i dlaczego pojawił się pomysł na Zajawkę?

Rafał: Do 2010 roku działaliśmy jako grupa nieformalna pod nazwą „Projekt Różnych Osiedli – PRO”, a naszym studiem i domem były podziemia kina Świt. Niestety, podobnie jak większość najemców, musieliśmy opuścić budynek przed zaplanowanym remontem i nigdy już tam nie wróciliśmy… Powstała sytuacja, zmusiła nas do poszukiwań nowej lokalizacji studia, a były one trudniejsze niż nam się początkowo wydawało. Pewien znajomy podpowiedział nam, że skoro od ponad dekady tworzymy grupę około 20 osób, moglibyśmy sformalizować nasze działania, zyskując osobowość prawną i preferencyjne ceny najmu lokali. Ponieważ hip hop to nasza pasja czyli „zajawka”- nie mogliśmy nazwać się inaczej



StNH: Dlaczego postanowiliście sformalizować działania?
P: Formalizacja daje możliwości działania na większą skalę i z większym rozmachem. Dzięki temu możemy zdobywać środki finansowe lub rzeczowe oraz poszerzać ofertę pomocową skierowaną do osób zagrożonych marginalizacją. Myślę też, że „formalizacja” jest naturalną koleją rzeczy jaka następuje w momencie profesjonalizacji pracy, którą wykonujemy. Dzięki temu, że nasze organizacje pozarządowe istnieją, mamy możliwość przekazywania wiedzy i umiejętności wolontariuszom, praktykantom i liderom młodzieżowym, którzy, mamy nadzieje, będą kontynuować działania pomocowe w swoim najbliższym otoczeniu.


R: Dodatkowo też rozwijamy siebie, swoje pasje oraz realizujemy własne marzenia. Mamy także świadomość, że jesteśmy dla wielu młodych ludzi przykładem i inspiracją, by nie bać się formalizacji, dążyć do celu i świadomie działać dla dobra własnej społeczności lokalnej. Formalizacja naszych hiphopowych działań zmienia także powoli negatywny obraz rapera spod bloku i przekształca go w rapera przedsiębiorczego, uczciwego, dbającego o swoje najbliższe otoczenie.




StNH: Praca streetworkera nigdy się nie kończy?

P: Teoretycznie kończy się o pewnej godzinie, jednak streetworker pełni w społeczności lokalnej ważną rolę społeczną, jest autorytetem i osobą, która uczy dzieci pozytywnych kompetencji społecznych. Sam więc powinien żyć uczciwie i zgodnie z normami moralnymi pozostając pedagogiem ulicy właściwie przez całą dobę. Spotykamy swoich wychowanków również poza pracą na ulicy, staramy się im pomóc w różnych innych działaniach i sytuacjach, jesteśmy dla nich wzorem. Żyjemy tak, aby być dla nich inspiracją do zmiany swojego zachowania. 


StNH: Fundacja Nowe Centrum to nie tylko streetworking to też świetlica Centralka, która powstała niedawno.

P: Świetlica Centralka to miejsce spotkań różnych grup społecznych, które żyją obok siebie w Nowej Hucie. Przed południem w świetlicy mają miejsce warsztaty dla seniorów m.in. zajęcia z języka angielskiego, warsztaty artystyczne czy zajęcia ruchowe. Po południu do świetlicy przychodzą dzieci i młodzież aby wziąć udział w warsztatach artystyczno-ekologicznych oraz skorzystać z pomocy wolontariuszy w odrabianiu lekcji. Późnym wieczorem w Centralce prowadzone są dyżury networkingowe, spotkania wolontariuszy oraz zebrania funkcjonujących w Fundacji grup zajmujących się m.in. organizacją eventów. W międzyczasie i weekendowo prowadzone są w tym miejscu bezpłatne warsztaty i szkolenia oraz inne inicjatywny społeczne. To miejsce pełne życia i energii, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie i swoich bliskich.



StNH: A Zajawka? Poza działalnością studia muzycznego realizujecie też inne projekty?

R: Od stycznia 2013 r. partnerujemy Fundacji „Pauza” w projekcie skierowanym do dzieciaków zagrożonych wykluczeniem „Edukacyjna rakieta ląduje na ulicy”, w ramach którego zorganizowaliśmy Kosmiczny Dzień Dziecka na placu przy Teatrze Łaźnia Nowa. W maju wraz z ARTzoną OKN zrobiliśmy projekt „Nowa Huta Hip Hop Day”, który obejmował warsztaty dla dzieciaków z beat box’u oraz break dance’u, zwieńczone koncertem nowohuckich ekip hiphopowych. Również od maja prowadzimy projekt, w którym czytamy wraz z seniorami legendy krakowskie (a właściwie mocno nowohuckie). Jego rezultatem będzie wydany przez nas audiobook oraz wieczór legend czytanych przez nas na żywo, który już niebawem. Ponadto złożyliśmy projekt przeciwko nienawiści, ale o tym opowiem innym razem.



StNH: Zarówno Zajawka jak i Fundacja Nowe Centrum nie są zwykłą pracą. Ile w tym pasji, idei, sensu życia a ile właśnie pracy?

P: To prawda, jesteśmy jednymi z nielicznych szczęściarzy, którzy pracują robiąc coś co lubią, a wręcz kochają. W Fundacji najważniejsza jest dla nas idea pomagania innym, wiele pracy wykonujemy wolontaryjnie z własnej nieprzymuszonej woli. Praca w Fundacji to także misja, która wymaga od nas dużej odpowiedzialności i kreatywności.

R: Praca w „Zajawce” to czysta zajawka. Ona daje siłę i motywację na każdy kolejny dzień, wiarę, że coś znaczę i że zostawię coś po sobie.



To oczywiście nie koniec. Niebawem część druga naszej rozmowy z Pauliną i Rafałem. 


fot. Aleksander Hordziej

środa, 7 sierpnia 2013

KASIA, PAWEŁ, ZUZIA i ZOJA

PO PROSTU ŻYJ


PAWEŁ - kompozytor, autor tekstów i wokalista. Współtworzy jazzowy projekt Bohater&Styla i multistylową Orkiestrę Bohatera.  Zapraszam do czytania, słuchania i pobierania za free muzyki: www.przezbohatera.pl

KASIA - współzałożycielka Klubu Kombinator, aktualnie zajmuje się dzieckiem i niezależną produkcją nowohucką, czyli Unicutem

ZUZIA - 10 lat

ZOJA - 14 miesięcy, najmłodsza "modelka" Unicuta :)




Stylowa Nowa Huta: Czujecie, że jesteście „lokalni”?
Kasia: Przez długi czas nie wyobrażałam sobie mieszkać w innym miejscu niż Nowa Huta, fascynowała mnie wieczna walka ze stereotypami i udowadnianie, że tutaj też można robić fajne rzeczy. Teraz ta miłość nieco się unormowała, ale Nowa Huta nadal jest głównym motorem moich działań.


 



StNH: Mieliście kiedyś ochotę uciec z Nowej Huty?
K: Uciec z NH, to może nie. Ja miałam kilka lat temu moment, że znalazłam swoje drugie miejsce na ziemi (tak mi się wtedy wydawało), to była Gruzja. Trochę poznałam Kaukaz i bardzo dobrze się tam czułam, myślałam nawet przez chwilę że chciałabym tam zamieszkać, ale to było chwilowe "zauroczenie".




StNH: Skąd się wziął pomysł na UNICUT’a?
Paweł: Unicut ewoluował od NHC, czyli Nowa Huta Clothing. Od samego początku traktujemy tiszert jako osobisty transparent, nośnik. Chcemy, żeby grafiki o czymś mówiły, nie były po prostu fajnymi motywami. Zależy nam na ich wysokim poziomie, dlatego angażujemy w projektowanie wielu krakowskich twórców, jednak naczelnym od samego początku pozostaje Marcin Wierzchowski czyli FRM.



StNH: Matka Polka to projekt, z którym ostatnio najbardziej kojarzony jest UNICUT. Jak sobie radzi nowohucka Matka Polka, ta z grafiki i ta prawdziwa?
P: Matka Polka powstała na cześć naszych kobiet. Każdy może sobie tę grafikę zinterpretować po swojemu, jak wiersz ;-) Dla kogoś może to być synonim walki z codziennością, zmagania się z trudną sytuacją życiową, kredytem, albo brakiem zdolności kredytowej, pracą w korporacji albo brakiem pracy, rozwodem, itd. Nasze super wyzwolone czasy niosą ze sobą super trudności.




StNH: Czy Nowa Huta jest muzyką? Łatwo tu znaleźć inspirację?
P: Wszystko może być muzyką, nawet cisza ;-) Co do inspiracji to dla mnie największą są ludzie, miejsca pozostają na dalszym planie.




StNH: Wspomagacie się często przy Waszych projektach artystycznych. Łatwiej jest pracować we dwójkę?
K: Dużo łatwiej działa się wspólnie. Motywujemy się i nakręcamy nawzajem, ale też krytykujemy. Zawsze dogłębnie i burzliwie rozpatrujemy wzajemne uwagi, chodź przyznaję, nie zawsze jest to łatwe, ale zawsze wychodzi na dobre.




StNH: Marzycie o Nowej Hucie?
K: Marzymy o małym domku, z dużym ogrodem. Jakby był na obrzeżach NH i koło lasu to byłoby idealnie:)))






fot. Aleksander Hordziej